Open’er 2012, czyli o zabawach w błocie

O swoim uczestnictwie w tegorocznym Open’erze zadecydowałam praktycznie w ostatniej chwili. Dopiero ostatni podany artysta tej edycji skusił mnie na zakup biletu i udanie się do świata muzyki, piwa i, jak się w tym roku okazuje, błota.
opener
Zmierzając na festiwal (a trochę to trwało – podróż z 3 przesiadkami) w głowie obmyślałam wstęp do tego wpisu. Układałam w myślach różne zdania, aby tylko ukrócić sobie czas oczekiwania na moment przekroczenia granicy lotniska Kosakowo. Skąd takie poruszenie? Nie wynika ono bowiem jedynie z występu ukochanego zespołu. Chyba nikt nie ma już wątpliwości, że masowe imprezy tego typu (a zwłaszcza Open’er) to 700-hektarowy wybieg i nieustający pokaz mody. Paradoksalnie, festiwal muzyczny stał się przede wszystkim festiwalem stylu. Tu nie chodzi już tylko o to, aby przyjechać, rozbić namiot, otworzyć browarek i sączyć złoty napój (a może i inne tego typu ambrozje) z przyjaciółmi, mając gdzieś cały świat. Od dobrych kilku lat cały HOF (a wraz z nim wszelkie pozostałe festiwale) opiera się tylko na jednym: wyglądzie.
Jednak trudno nie przyznać tu racji, że ciężko w tym kolorowym tłumie rozróżnić ubranie od przebrania. Bo jakkolwiek alternatywnie by się festiwalowicz nie ubrał, na kilometr widać, że ta nonszalancja w ok. 80% jest totalnie udawana i wręcz wymuszona. Tylko 20% tych ludzi może pochwalić się prawdziwą „wyjebką” odnośnie swojego wyglądu – i uwierzcie, te właśnie osoby można wyczuć od pierwszej chwili. Dosłownie i w przenośni.
Te statystyki nijak jednak mają się do tegorocznej edycji festiwalu. Sama siebie zadziwiam pisząc te słowa, ale wybieg na HOF AD 2012 przegrał z…. pogodą. Faktycznie, warunki były tragiczne jak nigdy (nawet zeszłoroczne ulewy nie umywają się do ostatnich nawałnic i burz), ale jednak zmierzając na teren lotniska wyczekiwałam chwili, kiedy znajdę się w morzu stylizacji zupełnie innych niż te, które na co dzień widuje się na ulicach. Tymczasem gdy w końcu dostałam się do Kosakowa, nie mogłam się nadziwić jak jest nudno, przewidywalnie i zupełnie zwyczajnie. Wiadomo, że styl uczestników jest bardzo zbliżony, ale do tej pory łatwo było wynaleźć w tej kolorowej masie wspaniałe perełki, od których ciężko oderwać wzrok. Tymczasem to właśnie takie, wyróżniające się z tłumu osobowości były, moim skromnym zdaniem, największymi nieobecnymi tegorocznego Open’era (poza oczywiście wielką nieobecną number one, czyli Florence Welch, hehe).
Jedno jednak nie zawiodło – atmosfera. Deszcz czy nie deszcz, grom czy nie grom, to jedno chyba nigdy na Open’erze się nie zmieni. I nawet brak tego „odwalonego” tłumu dało radę znieść, ponieważ festiwal daje jednak dużo więcej niż tylko widoki miłe dla oka. A trzeba przyznać, że po kilku godzinach przebywania w Babich Dołach łatwo można było się ponieść tej beztroskiej atmosferze. All in all, wydaje mi się że może pogoda wygrała w tym roku z garderobami uczestników, ale z drugiej strony dodała HOF’owi wiarygodności. Bo chyba pierwszy raz w historii tej imprezy ta totalna „wyjebka” w swój ubiór nie była udawana przez uczestników. Oni naprawdę, kolokwialnie mówiąc, „mieli wylane” w to, czy ich buty są wystarczająco off-streamowe, skoro po pierwszym kwadransie zabawy i tak znikały w błocie. :)