Jestem billboardem

X, to jest krzyżyk. Krzyżyki w tym cybernetyczym świecie, w jakim przyszło nam żyć obecnie, oznaczają zamknięcie, wyłączenie, wyjście, przerwanie. Nie nazwałabym się komputerowo-internetowym nałogowcem, ale jednak czasu przed tą barwną planszą z klawiszami spędzam sporo. Nic dziwnego, że wyrobiłam sobie pewne trwałe przyzwyczajenie, otóż widząc skrzyżowane dwie małe kreseczki automatycznie i bezdyskusyjnie kojarzę je z zamknięciem, wyjściem, anulowaniem. Doznałam więc kilka lat temu gigantycznego wstrząsu, gdy jakaś falująca popierdółka na monitorze z prześwietną ofertą znakomitego banku rozpoczęła bitwę z moim krzyżykowym stereotypem. Świadoma, wręcz dumna z mocy pogrubionego iksa sprytnie najechałam kursorem w niego i kliknęłam, myśląc ‚masz ty dziadzie, nie będziesz mnie wkurzał, spadaj stąd’. Oczy wyszły mi z orbit, gdy się okazało, iż nie dość, że nic nie zniknęło, to jeszcze po chwili pojawiło się kilka dodatkowych okien. Drażniąca batalia po jakimś czasie okazała się dla mnie zwycięska, jednak krew polała się hektolitrami. Teraz niemal na każdym portalu, każdej domenie, każdej stronie miga jakiś beznadziejny anons, na widok którego sama irytacja wyklucza już zainteresowanie daną ofertą.
Cyberświat przejął wszelkie sposoby autopromocji i prężnie je wykorzystuje. Szusując po internecie znajdziemy już wszelkiego rodzaju ogłoszenia, zapowiedzi, zachęty. Cheesburger z puszki, inteligentne auto, które samo wie, gdzie jechać, sprawdzenie daty swojej śmierci, prezerwatywy niczym z ludzkiej skóry, jagody, po których chudniesz trzydzieści kilo. Wszystko pięknie, gdyby tylko ktoś uwzględnił granicę przesady. Czar pryska, gdy się ją przekroczy. A czar całego wszechświata pryska, gdy podczas nauki bądź relaksu na laptopie, wyskakuje mi na monitorze obrzydliwie duży, owłosiony brzuch podstarzałego człowieka, który go ściska, przez co widok staje się jeszcze mniej przyjemny, wyobrażalnie nieprzyjemny. Obok widnieją animowane banany i napis: chcesz schudnąć, trzymaj się kilku podstawowych zasad. Jeżeli w zasadach było niejedzenie bananów, to skutek zachęty do unikania ich udał się wyśmienicie, brzuchol zniesmaczył mnie na tyle, że banany omijam szerokim łukiem. Widzę, a bacznie obserwuję, że reklama jest nieodzownym elementem naszego życia. Tutaj po cichu z tego kpię, bo faktycznie czasem ci od promocji nie mają ani kszty wyczucia, jednak z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że napędza to wielką machinę. Machinę naszej codzienności.
Promowanie nie jest już tylko marketingowym narzędziem, którego celem jest uświadamianie, pobudzanie, kreowanie i zaspokajanie skrytych potrzeb klienta. Stało się ogromnym mechanizmem, który wchłonął nas samych, i wcale nie funkcjonujemy w nim jako śrubki, tylko jako potężne silniki. AWESOME!- takowy właśnie napis na czapce, z typu tych rzekomo modnych, młodej dziewczyny skłonił mnie do tego przykrego oskarżenia ludzkości o bycie afiszem. Jesteśmy afiszami. Niemałą rolę odgrały też moje ulubione koturny, w których śmigałam dziś cały dzień po mieście w tę i we w tę, od uczelni do uczelni, od lokalu do lokalu, od sklepu do sklepu. Uzmysłowiłam sobie, że choć moje stopy przywykły do stanu podwyższenia, to przecież najzwyczajniej świecie powinnam chodzić w traperach po bracie. Niech będzie młodszym, uwzględniając rozmiarówkę. Wygodne, odporne na wszelkie przeszkody, nieobciążające portfela. Nie, niestety traperów nie tykam nawet kijem, a moja kolekcja obuwia składa się wyłącznie z tego, co wpadnie mi w oko. Nie wykluczam istnienia kobiet uwielbiających trapery, ale zdecydowana większość kieruje się walorami estetycznymi. Hej, dlaczego tak dzieje, mam swoją wizję. Otóz bleblanie, że och, ach to dlatego, iż czuję się pewniej, piękniej, bardziej kobieco, a wszystkie decyzje uwzględniają tylko moje potrzeby i poprawę mojego samopoczucia, czy samooceny to jedna wielka bujda. Czy w domu, ukochanym łóżku, w starej koszulce swojego faceta, z kokiem poplątańcem i twarzą pokrytą zieloną maścią na pryszcze, nie czujemy się swojo? Nie czujemy się wtedy dobrze, wygodnie, przyjemnie? Owszem. Nie uwierzę, że wylegiwanie się w takim właśnie stanie nie powoduje dobrego samopoczucia. A gdy tylko wysuwamy nos spod kołdry od razu wchodzą w ruch tusze, róże, sukienki, szpilki, czapki AWESOME, pomalowane paznokcie, pończoszki, czy pierścioneczki. Z pewnością te magiczne specyfiki sprawiają, że czujemy się piękniejsze, pewniejsze siebie, ale w jakim celu chcemy się takie czuć, dla siebie, piękno dla piękna, tak jak sztuka dla sztuki? Nie sądzę. Podświadomie, czasem świadomie, reklamujemy siebie, ba, jesteśmy tą reklamą, układamy tym plan na przyszłość, z zamiarem spełnienia każdego podpunktu. Widzę grymas na Waszych twarzach i słyszę komentarze, sama jesteś reklamą, ja nie robię nic na pokaz, robię dla siebie, co ma do tego sztuka dla sztuki, sesja Ci przyćmiła mózg kobieto. O moi drodzy, zdecydowanie, mózg paruje mi od obliczeń i projektów, a serce siada od redbullowego syfu, dlatego poprosiłam znajomego Gugla o pomoc.
Reklama jest to płatna forma nieosobistej prezentacji i promocji produktu lub usługi przez określonego nadawcę. Wymazując płatna i nieosobistej, pasuje jak ulał.
Etapy oddziaływania reklamy: 
  1. Tworzenie świadomości produktu, firmy lub marki – o proszę, tak, nasze działania są przecież po to by wzmożyć pewność siebie i samoocenę, a więc uświadomić sobie swoją wartość.
  2. Wzbudzanie zainteresowania produktem, firmą lub marką – moje drogie panie, nie muszę nic dodawać, lubimy gdy panom ból szyi doskwiera od zerkania i odwracania. I Panowie! Cholera, znów zbabiłam totalnie swój tekst, panowie oczywiście też to uwielbiają.
  3. Wzbudzanie pożądania oferty. No, tutaj już potrzeba komentarza zupełnie zanika, wszelkie stwory na tej planecie nie pogardzą zdolnością wzbudzania pożądania.
  4. Wywoływanie oczekiwanej reakcji (np. zakupu). Na sprzedaż nie jesteśmy absolutnie, ale reakcja w postaci zaproszenia na ciekawy seans/spektakl, bukiet róż pod drzwiami, skok ze spadochronu z napisem ‚jesteś cudowna’ byłby całkiem miły. Dobrze, 1:0 dla Was, ten spadochron to znak, że faktycznie kolokwia zmiażdżyły mi mózg i sensowność myślenia zniknęła bezpowrotnie.
Tak czy siak, nie cofnę mojego wyznania, że jesteśmy chodzącymi afiszami. Z Guglem się zgadzamy w pełni, przybiliśmy sobie piątkę. Cyberświat przejął opcje reklamy, a reklama przejęłą opcję nas, bycia afiszami. Nie wiem, który pucz jest bardziej szokujący. Pierwszy, mimo irytacji i prób obrzydzania ilustracjami z otyłością i owłosieniem starszych ludzi, daje wiele możliwości, rozwija wszelkie aspekty życia, napędza je do działania. Drugi jednak jest wielce fascynujący. Mimo przekonania o pełnym egocentryzmie i chęci zaspokajania swoich potrzeb, nieświadomie kierujemy się jednak relacjami z innymi, współdziałaniem z nimi i chęcią poczucia się zauważonym, docenionym. Fajne jest też to, polonistka krzyczała, gdy używaliśmy słowa ‚fajnie’, ale tak fajnie tu pasuje, to mogę, fajne jest więc, że też mamy opcję krzyżyka, dilejta, zamknięcia, wyłączenia, wyjścia. Wychodzę z siebie, falującej popierdółki, chociażby gdy gniję cudownie w wannie z karmelowym olejkiem zapachowym, albo gdy czytam po nocach książkę z wklepanym błotkiem odżywczym na twarzy. Albo też gdy jestem z kimś, kto skradł mi tego wyniszczonego od energetyków wraka i oglądamy filmopodobny wytwór. To chyba nic złego, że jesteśmy tymi falującymi popierdółkami. No cóż, gdy nie prześlizgnę się przez ten tragiczny styczeń i luty na kolejny semestr, to przynajmniej pozostanę ze świadomym i osobistym odkryciem, że jestem billboardem.