„Which seat can I take”, a więc piątek, piąteczek, piątunio!

W zeszłym semestrze bardzo polubiłam Polibudę – mój weekend trwał całe 4 dni, bo zarówno poniedziałki, jak i piątki, miałam wolne (co z uwagi na studia na dwóch kierunkach, w tym jednym w trakcie dyplomowania, wydawało mi się totalnym ewenementem). Myślałam, że lepiej już nie będzie, bo czy uczelnia może mi zaoferować coś lepszego niż całe cztery dni laby w siedmiodniowym tygodniu? Wraz z nadejściem nowego semestru i związanym z nim nowym planem, Polibudę polubiłam jeszcze bardziej i wiem już, że jednak jest coś lepszego, co może mi ona zaproponować – to brak wolnych dni w tygodniu i powrót do klasycznej koncepcji „weekendu”. Tak serio, serio.
Wbrew pozorom bardzo cenię swój czas, a tym bardziej cenię czas, który mogę poświęcić na ulubione zajęcia. Nie ukrywam, że do mojego „top 10”, a nawet i „top 100” niekoniecznie zaliczają się studia. Bywają dni lepsze i gorsze, ale statystycznie patrząc dużo chętniej oddaję się innym aktywnościom i rozrywkom. Stąd też czterodniowy weekend zdawać by się mógł idealnym układem – trzy dni w tygodniu spędzam na uczelni, pozostałymi dysponuję w totalnie dobrowolny sposób. Tymczasem po upływie już ponad dwóch tygodni nowego semestru przekonuję się na własnej skórze, że klasyczna, starożytna wręcz koncepcja weekendu jest sprawą dużo przyjemniejszą niż gratis w postaci wolnych poniedziałków i piątków. Nieprzypadkowo Rebecca Black zgarnęła fortunę na piosence, w której tłumaczy, że weekend składa się z trzech następujących po sobie dni – coś więc musi być na rzeczy.
Rebecca Black, czyli największa fanka weekendu
Szczerze przyznaję, że to uczucie podniecenia na myśl o zbliżającej się końcówce tygodnia sprawia mi po prostu frajdę. Jaram się jak kupka liści, gdy wracając z piątkowych zajęć słyszę w radio apele „piątek, piąteczek, piątunio!”. Każda komórka mojego ciała pragnie wykrzykiwać to hasło razem ze spikerem. W piątkowe popołudnie nie ma spraw skomplikowanych, bo najwyższym stopniem złożoności charakteryzują się odwieczne dylematy typu: wieczorem założyć spodnie czy sukienkę? Pić drinki czy wino? Oglądać popularne show w telewizji czy postawić na zaległe odcinki ukochanego serialu? Tyle możliwości, a tylko dwa i pół dnia na realizację! A jednak właśnie te „tylko” dwa i pół dnia okazują się być kluczem do krainy cotygodniowej szczęśliwości.
Z czasem jest dokładnie tak, jak głosi tekst pewnego polskiego hitu lat ’90 – „im więcej ciebie, tym mniej”. Dysponując wolnym tygodniem zrobię zapewne 2x mniej niż mając tylko połowę tego okresu. Podobny mechanizm sprawdzał się właśnie w kwestii mojego przedłużonego weekendu – mając 4 dni wolne, w poniedziałek wieczorem i tak zastanawiałam się, gdzie podziały się te wszystkie dni, które miały być czasem owocnej pracy i zabawy do upadłego. Na dodatek ciężko było mi przypomnieć sobie chociaż jeden zrealizowany plan, jaki ustaliłam na dany time-off. Historia powtarzała się jak najgorszy koszmar dokładnie co tydzień i nie ukrywam, że było to źródło okropnej frustracji.
A teraz? Dokonują się rzeczy niemożliwe – wolny czas wyciskam jak cytrynę, starając się wydusić z niego jak najwięcej i to z całkiem niezłym skutkiem. Udaje mi się pogodzić spotkania, imprezy, zakupy i nawet tą enigmatyczną „naukę na bieżąco”, o której tyle się mówi, a której mało który student doświadcza. Dodatkowo na nowo stałam się członkiem tego ogólnospołecznego ruchu, który już od niedzieli wieczór odlicza godziny do piątkowego popołudnia. To trochę tak, jakby Gwiazdka była co tydzień, a wraz z jej nadejściem spełniały się wszystkie moje (nie)typowo studenckie marzenia.